Isla Saona

Karaiby zawsze  były numerem jeden na mojej podróżniczej liście, ale za każdym razem kiedy chciałam kupić bilety lotnicze, moja mama (która nigdy po za Europą nie była!) przypominała mi o tym jak tam jest niebezpiecznie, a woda w morzu wcale nie wygląda tak jak ta w broszurach biur podróży.  Postanowiłam zaryzykować!  Bilety lotnicze jak zwykle kupiliśmy pod wpływem impulsu, w samolocie też było jak zwykle, a w drodze powrotnej nawet gorzej.

W Dominikanie zakochałam się już od momentu kiedy w moją twarz uderzyło gorące, wilgotne i tropikalne powietrze. Lotnisko w Punta Canie jest zupełnie inne niż wszystkie, dach zrobiony z liści palmowych, a jeden z terminali jest zupełnie otwarty.

Już następnego dnia wybraliśmy się na wycieczkę. Przez internet dogadałam się z lokalnymi że pokażą nam najładniejszy zakątek swojego kraju. Wybór padł na wyspę Saona. Piaszczysta plaża, turkusowa woda i piękny krajobraz który wygląda lepiej niż ten w katalogach.

W  Mano Juan, ludzie wiodą spokojne życie bez internetu, telefonów, i dostępu do prądu, za to wszędzie słychać Bachatę lub Merengue. (Ta piosenka już zawsze będzie mi się kojarzyć z rajem na ziemi). Utrzymują się głownie z rybołówstwa, i napiwków od turystów. Za kilka dolarów śliczne, młode Dominikanki oferują masaże, a za dolara mężczyźni wdrapią się na sam szczyt palmy tylko po to aby zdobyć największy kokos. Na tej wyspie miałam okazje po raz pierwszy, spróbować tradycyjnej kuchni, ryż z fasolą i sosem mięsnym,  homar z pieczonymi ziemniakami, pieczony banan, maniok,  papaja, ananas, marakuja… Niebo w gębie!

Dominikańczycy doskonale wiedzą jak podawać piwo, ich  Presidente nigdy nie jest zbyt ciepłe, nie jest nawet zimne, tylko lekko zmrożone. Ale to Rum Brugal najbardziej mi posmakował, koniecznie brązowy i podawany ze świeżo wyciśniętą limonką i Coca Colą, pod nazwą Cuba Libre lub ze Spritem jako Santo Libre. 

Jest jeszcze Mamajuana, słynna Dominikańska Viagra, kilka badyli, zioła, miód, rum i czerwone słodkie wino. W smaku jest na prawdę dobra ale pobudzającego efektu nie było. Próbowałam ten napój odtworzyć w Europie, nie wyszło, ale to tak jak z naszymi pierogami ruskimi, nigdzie nie smakują tak jak w domu. Butelkę Mamajuany dostałam jako prezent pożegnalny, od kelnerów z którymi wiele rozmawiałam kiedy nie mogłam spać. Prezent zostawiłam bo nie chciałam mieć problemów na granicy, teraz żałuję. Trzy tygodnie temu przekonałam się że z odrobioną szczęścia da się „przemycić” jedzenie do Europy.

Zdjęcia: Rene Lenart

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s